Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oświetlenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oświetlenie. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 kwietnia 2024

Pomiar światła wypełniającego przy oświetleniu zastanym

czyli

Wypasiony światłomierz dla ubogich? 

Zaintrygowały mnie cokolwiek współczesne skomputeryzowane światłomierze, potrafiące oprócz (co oczywiste) wskazania prawidłowych parametrów ekspozycji, wykazać także wzajemne relacje światła ciągłego i błyskowego w oświetleniu sceny (co widzimy na poniższym przykładzie w postaci dwóch kolorowych paseczków na skali liniowej).

[www.sekonic.com]

Czyli błyskamy sobie fleszem, a światłomierz pokazuje nam także, jak ma się jasność światła błyskowego do jasności oświetlenia zastanego. 

No właśnie, wiedza to całkiem potrzebna - aby odpowiednio dobrać stosunek jasności światła modelującego do wypełniającego. Normalnie, w kontrolowanych warunkach studyjnych, sprawa jest prosta. Zapalamy jedno światło i mierzymy ekspozycję. Potem je gasimy, zapalmy drugie, mierzymy ekspozycję dla niego – i już znamy wzajemny stosunek ich jasności.
No ale co zrobić, jeśli nie możemy swobodnie tych świateł gasić i zapalać, bo jedno jest światłem zastanym, czy to sztucznym czy dziennym, nad którym nie mamy już żadnej władzy? Wtedy pozostaje nam tylko dokonać pomiarów dla samego światła zastanego i dla światła zastanego z dodanym naszym oświetleniem wypełniającym, czy to błyskowym, czy ciągłym…
Czyli na przykład mierzymy ekspozycję dla światła zastanego i otrzymujemy wynik 7 EV. Następnie mierzymy ekspozycję z dodanym światłem wypełniającym (wszystko jedno, ciągłym czy błyskowym) i otrzymujemy wynik przykładowo 8,5 EV.
No i właśnie, mamy dwa wyniki – ale jak one mają się do siebie? Wyszła nam dla obu pomiarów różnica 1,5 EV – no i co z tego – przecież nie jest to różnica pomiędzy obydwoma światłami, tylko pomiędzy jednym i sumą obydwu, hę? Jak wzajemnie mają się do siebie jasności obu samych tylko świateł? Ja chcę do mamusi…?
Otóż, jak to się zwykle w naszych rozważaniach okazuje, sprawa jest z matematycznego punktu widzenia prosta. Stosunek jasności dwóch źródeł światła obliczyć można w tej sytuacji wychodząc ze wzoru:

 n1 = 1 : 2ΔEV

 gdzie

 n1 – udział światła zastanego w wyniku sumarycznym
ΔEV – różnica pomiędzy pomiarem dla jednego i dwóch świateł.

 Czyli tak naprawdę to nawet zapisać to można jeszcze krócej jako n1 = 2-ΔEV, acz dla czytelności działania zostawmy już to dzielenie...
Ale, ad rem. Różnica pomiędzy pomiarami wynosi w naszym powyższym przykładzie, jak wiemy, ΔEV = 8,5 – 7 = 1,5 EV.

 Podstawiamy to zatem do wzoru i otrzymujemy…

 n1 = 1 : 21,5 = 1 : 2,83 = 0,35

 Zatem światło zastane, stanowi w tym przykładzie 0,35, ergo 35%, oświetlenia naszej sceny.
A jaka jest wzajemna relacja świateł? Tę łatwo wyliczyć, porównując procentowe udziały obu źródeł w oświetleniu, czyli…

 n2 : n1 = (1 - n1) : n1

gdzie

n2 – udział światła wypełniającego w wyniku sumarycznym

 ... co po prostym przekształceniu wzoru doprowadza nas do jeszcze składniejszej postaci...

n2 : n1 = 2ΔEV - 1

 Podstawiamy zatem daną ΔEV do wzoru i otrzymujemy...

n2 : n1 = 21,5 - 1 = 2,83 - 1 = 1,83

 Stąd, przy różnicy obu pomiarów wynoszącej 1,5 EV, wzajemny stosunek jasności obu świateł (wypełniającego n2 i zastanego n1) wynosi 1,8:1.
Trywialnie proste, nieprawdaż?

 Kłopot jeno w naszym podstawowym wzorze, wymagającym zdolności podniesienia 2 do dowolnej potęgi, co wymagałoby np. posłużenia się kalkulatorem naukowym. Z drugiej strony najczęściej spotykany zakres pomiarów, który byłby dla nas interesujący, nie jest znowu w praktyce taki wielki.

 Aby zatem sprawę uprościć, do posłużmy się tabelą poniższą, sporządzoną dla zakresu różnic pomiarów od 0,3 do 3 EV:

ΔEV

0,3

0,5

0,7

1

1,3

1,5

n1

0,81

0,71

0,62

0,50

0,41

0,35

n2

0,19

0,29

0,38

0,50

0,59

0,65

n2:n1

1:4,3

1:2,4

1:1,6

1:1

1,4:1

1,8:1


ΔEV

1,7

2

2,3

2,5

2,7

3

n1

0,31

0,25

0,20

0,18

0,15

0,13

n2

0,69

0,75

0,80

0,82

0,85

0,88

n2:n1

2,2:1

3:1

3,9:1

4,7:1

5,5:1

7:1

Widzimy zatem – co w sumie oczywiste – że przy różnicy pomiarów wynoszącej 1 EV oba światła mają równą jasność. Dla powiedzmy klasycznej różnicy pomiędzy jasnością światła modelującego i wypełniającego wynoszącej mniej więcej 2x, interesuje nas zatem różnica pomiarów w zakresie 0,5-0,7 EV lub 1,5-1,7 EV, zależnie które ze świateł chcemy uznać za modelujące.
I co, można żyć bez wypasionego światłomierza?

piątek, 7 października 2016

Luks a liczba naświetlania

czyli

Natężenie światła w praktyce teoretycznej

Fotoamator stykający się z lampami światła stałego, choćby na przykład popularnymi nakamerowymi lampami panelowymi LED pomyślanymi także (a raczej i przede wszystkim) do filmowania, natknąć się może w ich parametrach technicznych na wartość natężenia emitowanego przez nie światła podaną w luksach (lx). 
Wszystko fajnie, tylko co z tego wynika w praktyce, hę? Ile tak naprawdę światła daje taka lampa i na ile wykorzystać ją można przy fotografowaniu, stawiającym cokolwiek większe wymagania co do jasności oświetlenia od kamery cyfrowej? Jasno to czy ciemno? Jak przekłada się ilość luksów na bardziej strawne fotograficzne jednostki naświetlania? Jak to sobie zwizualizować?


Zauważyć tu wszak od razu trzeba, że choć natężenie światła odnosi się do jasności światła padającego, a w fotografii – przynajmniej przy pomiarze TTL – mierzy się jednak światło odbite, sprawa wygląda tym niemniej w miarę prosto i daje się jako tako przełożyć.
Spójrzmy zatem na poniższą tabelę (opartą na danych wyjściowych firmy Sekonic), odnoszącą natężenie światła padającego w luksach do liczby naświetlania LV (czyli wartości ekspozycji EV przy czułości 100 ASA).

Natężenie światła [lx]
Liczba naświetlania LV
0,625
-2
1,25
-1
2,5
0
5
1
10
2
20
3
40
4
80
5
160
6
320
7
640
8
1280
9
2560
10
5120
11
10 240
12
20 480
13
40 960
14
81 920
15
163 840
16

Mamy tu pogrubione dla przejrzystości dwie wartości referencyjne. 2,5 lx odpowiada ekspozycji 0 LV i, co łatwo zauważyć, wartość natężenia światła zmienia się dwukrotnie wraz ze zmianą ekspozycji o każdy 1 stopień LV.
Dla porównania też inna charakterystyczna wartość, 15 LV, czyli bezpośrednie światło słoneczne, przekłada się na natężenie światła 81 920 lx.

Jak i zatem wynika z powyższej tabeli, natężenie światła E wyliczyć można sobie dowolnie w zależności od założonej wartości ekspozycji – gdyby już ktoś koniecznie musiał, dla jakichś jeszcze innych wartości – z poniższego wzoru:

E = 2,5 * 2LV

... czyli 2,5 pomnożone przez 2 do potęgi LV.
W fotografii bardziej praktyczne będzie często jednak działanie w drugą stronę, czyli wyliczenie wartości naświetlania na podstawie natężenia światła:

LV = log2 (E/2,5)

… co alternatywnie zapisać można w bardziej strawnej dla kalkulatora postaci jako:

LV = ln (E/2,5) / ln 2

... a nawet, skoro 1/ln 2 jest przecież wartością stałą...
 
 LV = 1,44 * ln (E/2,5)
 
Praktyczne kwestie zastosowania liczby naświetlania, jej przełożenia na parametry ekspozycji i uzależnienia od czułości znaleźć można w razie konieczności w traktującym o tym wpisie.

Widać w każdym razie, że na przykład popularne chińskie lampy ledowe nie świecą specjalnie jasno. Przykładowo - niewielka lampa na 56 diod oferuje w mikrej w końcu odległości jednego metra światło o natężeniu 290 lx czyli ledwie 6,9 LV, spora już lampa z 126 diodami – ok. 810 lx czyli bardziej już znośne 8,3 LV (można już, obrazowego przykładu użyjmy, fotografować z ręki smieną z filmem 200 ASA), a lampa ze 160 diodami – 900 lx czyli 8,5 LV. W przypadku filmowania są to jeszcze parametry całkiem przyzwoite nawet w dla tej najmniejszej lampy, nie tylko w ciemności, ale także przy doświetlaniu cieni w dzień we wnętrzach. No, fotografować też niby już się z takimi ledami da, ale szału zdecydowanie nie ma, tak jeśli chodzi o jasność światła, jak i jego zasięg. Wraz ze wzrostem odległości natężenie światła maleje wszak drastycznie. 

Kolejna kwestia dotyczy bowiem zależności natężenia światła czyli zarazem wartości ekspozycji od odległości. Tu bowiem rzecz wygląda analogicznie, jak w przypadku – na przykład – lampy błyskowej, czyli natężenie światła zmienia się z kwadratem tejże odległości. Rozkład wartości natężenia światła w zależności od odległości bywa podawany w danych lamp, ale nie zawsze (a może nawet rzadziej niż częściej). Jak więc sobie radzić?
Jako że w parametrach technicznych lamp natężenie światła, jeśli jest już podane, określone jest często dla odległości 1 m, wyjdźmy zatem od tej wartości, wyliczając odpowiednią korektę ekspozycji dla innych odległości, wyrażoną zarówno w postaci krotności, jak i stopni (czyli korekty EV).

Odległość
[m]
Korekta ekspozycji
EV
krotność
0,5
+2
0,25x
0,75
+0,8
0,55x
1
0
1x
1,5
-1,2
2,25x
2
-2
4x
2,5
-2,6
6,25x
3
-3,4
9x
4
-4
16x
5
-4,6
25x
6
-5,2
36x
7
-5,6
49x
8
-6
64x
9
-6,3
81x
10
-6,6
100x

Dla ilustracji przykładowej weźmy zatem wspomnianą wyżej lampę oferującą w odległości 1 m natężenie światła 810 lx czyli 8,3 LV. W odległości, dajmy na to, 3 m da ona – jak obliczamy na podstawie danych z tabeli – natężenie 810 / 9 = 90 lx oraz liczbę naświetlania 8,3 - 3,2 = 5,1 LV. 
Kombinując dane z obydwu tabel, a nawet posiłkując się przytoczonymi powyżej wzorami, wyliczyć można sobie, gdyby już ktoś koniecznie musiał, na przykład natężenie światła lamp – czyli ich potrzebną wielkość i ilość – niezbędne dla osiągnięcia pożądanego naświetlenia w zadanej odległości.

Oprócz odległości na natężenie światła oferowanego przez lampy wpływ mają też, oczywiście – i to negatywny, wszelakie modyfikatory – jak dyfuzory czy filtry konwersyjne, np. dołączane często w zestawach filtry nadające światłu lampy temperaturę barwową 3200 K.

Napotkać można także w parametrach lamp na określenie ich strumienia świetlnego w lumenach (lm). Co z tego wynika dla nas w praktyce? Ano, niestety, prawie dokładnie nic. Strumień świetlny opisuje bowiem ilość światła emitowanego ogółem przez źródło jako takie, nie dotykając jednak w ogóle kwestii w jaki sposób światło to jest potem modyfikowane czy ukierunkowane. Tak więc dwie lampy o identycznym strumieniu świetlnym dawać mogą drastycznie różne wartości natężenia światła - np. goła żarówka i dokładnie taka sama żarówka z reflektorem czy jeszcze do tego soczewką Fresnela.
Tym niemniej, z braku lepszych pomysłów, możemy zgrubnie przyjąć, że w przypadku popularnych chińskich produktów 1 lm strumienia świetlnego lampy LED przekłada się na natężenie światła w odległości 1 metra wynoszące ok. 1,1 lx. Czyli lampa o strumieniu świetlnym 300 lm będzie dawała w odległości 1 m natężenie światła ok. 330 lx - acz rozrzuty są tu w dostępnych danych całkiem spore, w skrajnych przypadkach niemal dwukrotne. Ale lepsze to, niż nic - a bez testów porównawczych trudno ocenić jak jest naprawdę i jak mają się deklarowane parametry do rzeczywistości ...

czwartek, 5 grudnia 2013

Kwadratura klosza


W przypadku wykorzystywania do fotografii czy filmowania oświetlenia za pomocą świetlówek kompaktowych istotny problem stanowi nieraz uzyskanie za ich pomocą światła twardego. Świetlówki takie na skutek swych dużych rozmiarów z natury dają światło dość rozproszone, trudne do skupienia, efekt ten potęgowany jest jeszcze stosowaniem – wymuszonym przez jednak małą wydajność świetlówek - wielokrotnych opraw, a także kierunkowaniem ich światła za pomocą dużych rozmiarów reflektorów, np. srebrnych parasolek. Koniec końców, kompaktowe świetlówki fotograficzne dają światło miękkie, w zasadzie zbliżone do softboxa, za to bardzo rozproszone i źle ukierunkowane – poza właściwym obiektem rozświetlone jest w zasadzie całe wnętrze, co przy jasnym pomieszczeniu zasadniczo uniemożliwia uzyskanie kontrolowanego, kontrastowego oświetlenia.Dlatego też solidną pokusą mogą wydawać się dostępne w handlu reflektory paraboliczne do standardowych oprawek studyjnych z gwintem E27, np. takie klasyczne wąskostrumieniowe o średnicy 26,5 cm czy mniejsze 21 cm, reklamowane jako przydatne w zasadzie do wszystkiego – zwłaszcza świetlówek kompaktowych czy żarówek błyskowych... Naprawdę?


Przede wszystkim – reflektor taki nie ma najmniejszego sensu w przypadku żarówki błyskowej. Świeci ona wszak do przodu i to stosunkowo wąskim kątem, wobec czego użycie reflektora nie ma tu żadnego znaczenia, bowiem ma on zastosowanie tylko w przypadku źródeł światła świecących do tyłu i na boki. W przypadku żarówki błyskowej jedyna – marginalna – funkcja reflektora sprowadza się do jej osłonięcia z boku, co przy stosowaniu np. oświetlenia bocznego może zapobiec złapaniu blika przez obiektyw aparatu. Takie jakby sztywne wrota.
No, ale jak ma się sytuacja w przypadku świetlówek kompaktowych? Ano lepiej, ale pod pewnymi warunkami. Dlaczego? Otóż reflektor taki, w postaci jaka jest obecnie dostępna, nie nadaje się zupełnie do standardowych, dużych świetlówek fotograficznych – przeznaczony jest bowiem zasadniczo do tradycyjnych żarówek, a i to matowych.
Cały haczyk zasadza się bowiem w funkcjonowaniu takiego reflektora – aby działał on efektywnie, źródło światła umieszczone musi być w ognisku reflektora, a to ognisko znajduje się na samym dnie czaszy, kilka ledwo centymetrów nad szyjką. Jeżeli więc zastosujemy z takim reflektorem typową, dużą świetlówkę fotograficzną, to w ognisku reflektora znajdzie się tylko jej oprawa, a całe światło z rury w przedniej części klosza rozproszy się dość bezproduktywnie. Do tego świetlówka, nawet mała o mocy 65 W, jest i tak większa od reflektora, wystaje na zewnątrz – co jeszcze zmniejsza skuteczność tego układu, zwiększając zarazem rozsiewanie światła na boki. 

 
Cóż więc zrobić? Umieścić źródło światła tam, gdzie jego miejsce. Prostym rozwiązaniem okazuje się zakup małej świetlówki kompaktowej – zupełnie eksperymentalnie (i spontanicznie) sprawiłem sobie w tym celu świetlówkę Osram o mocy 11 W, strumieniu świetlnym 600 lm i temperaturze barwowej 6500 K.
W porównaniu do kompaktowej świetlówki fotograficznej, nawet najmniejszej spiralnej „śrubki” 65 W (pokazanej na zdjęciach powyżej), oferującej deklarowany strumień świetlny 3800 lm, wygląda ona z kloszem wręcz humorystycznie:


Tyle, że ze względu na małe wymiary, świetlówka 11 W pozwala dość efektywnie wykorzystać możliwości reflektora. Nie jest może idealnie, ale znajduje się naprawdę blisko ogniska. Spójrzmy więc na działanie zestawu świetlówki 11 W (600 lm) z reflektorem, prostopadle świecącego na ścianę z odległości 1,1 m (licząc od statywu):


Jak widać światło jest dobrze ukierunkowane, wyraźnie ograniczone – i zaskakująco jasne. Porównajmy to teraz ze świetlówką fotograficzną 65 W (3800 lm), w tym samym ustawieniu i przy tych samych parametrach ekspozycji:


Pomimo strumienia świetlnego większego teoretycznie ponad 6 razy jest wyraźnie ciemniej, świetlówka świeci w zasadzie bezkierunkowo – widać wyraźnie, że reflektor w takim przypadku w ogóle nie działa, pełni praktycznie rolę osłony świetlówki, ograniczającej jej świecenie do tyłu.
Dla pełni porównania, układ klasyczny – świetlówka 65 W ze srebrną parasolką średnicy 84 cm działa tak:


Jest więc znacznie jaśniej niż w przypadku świetlówki 65 W z kloszem, acz dużo jest światła rozproszonego. Co ciekawe, pomimo większej odległości od parasolki do ściany niż w przypadku reflektora, oświetlane przez reflektor pole (hotspot) jest zasadniczo tej samej wielkości.
I na koniec porównanie efektywności poszczególnych układów, na podstawie histogramów z wycinków ze środka pola oświetlanego przez trzy powyżej zaprezentowane zestawy:


Widać dobitnie, że świetlówka 11 W z kloszem daje światło o 1,25 EV jaśniejsze niż świetlówka 65 W w takich samych warunkach – czyli, porównując to do strumienia świetlnego, mała 11 W świetlówka jest w tym zestawie 15 razy bardziej skuteczna od świetlówki 65 W (świeci 2,4 raza jaśniej przy 6,3 raza mniejszym strumieniu świetlnym).
Z kolei świetlówka 65 W z parasolką daje oświetlenie o 1 EV jaśniejsze od świetlówki z kloszem, acz trzeba mieć na uwadze, że ponieważ świetlówka z parasolką zwrócona jest do tyłu względem statywu, większa była w moim teście odległość od źródła światła do ściany, wobec czego przy większych bezwzględnych odległościach do obiektu zdjęcia różnica będzie mniejsza. Trzeba mieć też na uwadze, że posłużyłem się w teście (czysto skądinąd porównawczym) stosunkowo małą świetlówką fotograficzną 65 W, której pojedyncze użycie jako światła głównego jest możliwe praktycznie tylko przy fotografowaniu statycznych scen ze statywu. 
Można jeszcze zwrócić uwagę na różnicę temperatury barwowej światła - świetlówki fotograficzne mają ją deklarowaną jako 5500 K, zaś użyty w teście mały Osram 11 W - 6500 K. Daje on więc nieco chłodniejsze światło, tak że do pełni szczęścia i idealnego dopasowania konieczna byłaby filtracja na poziomie 2,8 daM. Różnicę jasności poszczególnych zestawów, jak i barwy światła, widać na porównaniu próbek wykorzystanych do otrzymania powyższych histogramów:  

 
A jak wygląda zastosowanie w przypadku takiego parabolicznego reflektora tradycyjnych żarówek? Ano świetnie – świeci, że aż miło, z kilkoma wszak „ale”... Przede wszystkim reflektor przeznaczony jest do żarówek matowych. Jeżeli zastosujemy żarówkę z przezroczystą bańką, czy to zwykłą, czy halogen, oświetlenie będzie wprawdzie ładnie ukierunkowane, ale zdecydowanie nierównomierne – reflektor rzuci nam bowiem zamiast okrągłego hotspotu obraz żarnika żarówki. Najprościej byłoby więc kupić żarówki matowe, ale dzięki światłym proekologicznym regulacjom UE jest to w zasadzie zagadnienie akademickie. Drugi problem w przypadku stosowania żarówek wiąże się z ewentualną koniecznością zbalansowania temperatury barwowej światła, gdyby np. stosować reflektor z żarówką w połączeniu z oświetleniem świetlówkami.
Sprzedawane obecnie reflektory paraboliczne nie są, jak widać, przeznaczone do dużych świetlówek fotograficznych. Specjalny reflektor do świetlówki wyposażony być musi z tyłu w odpowiednią kieszeń, w której chowa się oprawa świetlówki, tak że wewnątrz odbłyśnika reflektora znajduje się już tylko rura, źródło światła. I tak nie będzie to układ specjalnie efektywny, bo w pobliżu ogniska znajdzie się, powiedzmy, 1/4-1/3 „śrubki”, ale jasność będzie porównywalna – jak z mojego dochodzenia wynika – do zestawu takiej świetlówki z parasolką, czyli nie najgorzej, natomiast światło będzie zdecydowanie twardsze, o wyraźnie zarysowanym cieniu. Jakieś dwa lata temu reflektory takie przemknęły przez sklepy jak kometa – i więcej ich czemuś nie widziano...

piątek, 7 czerwca 2013

Flesz a srebrna parasolka

Odwiecznym dla mnie problemem przy fotografowaniu z fleszami aparatowymi wykorzystaniem parasolek odbijających było ukierunkowanie światła flesza. O ile w przypadku parasolki dyfuzyjnej problemu specjalnego nie ma, wystarczy skierować flesz jakkolwiek i mniej więcej w jej środek, to w przypadku parasolek odbijających nie jest już tak różowo. Wtedy bowiem - a w przypadku parasolki srebrnej to już naprawdę obowiązkowo - flesz musi być skierowany maksymalnie blisko osi parasolki, inaczej bowiem jego światło odbija się bardzo nieefektywnie i w dość nieprzewidywalnym kierunku w dół (o charakterystyce różnych parasolek co nieco TUTAJ).


 Test flesza ze srebrną parasolką - po lewej flesz oddalony od osi parasolki, po prawej ułożony wzdłuż osi. Doskonale widoczna różnica w rozkładzie odbicia światła i przewaga osiowo umieszczonego flesza (skierowanie oddalonego flesza w środek parasolki w praktyce niewiele zmienia).
 
Najprostszym oczywiście rozwiązaniem byłoby nabycie uchwytów statywowych umożliwiających zamontowanie stopki flesza z boku, w kierunku parasolki - jak np. Phottix Varos czy Varos BG. Wadą może być jednak dość wysoka cena tych uchwytów, skądinąd jednak odpowiadająca ich jakości.
Ja natomiast, jako zwolennik rozwiązań tandetnych, niskobudżetowych a przekombinowanych, chcąc także maksymalnie zutylizować posiadane zasoby, wymyśliłem sobie następujące warianty:



Najprostszym z rozwiązań było położenie flesza na popularnym onegdaj odbiorniku Phottix Tetra PT-04 II (czy jakimkolwiek podobnym). Najprostszym, ale w tym przypadku - niestety - nienajlepszym. Zaletą rozwiązania jest brak pętających się kabli, lampa nie musi posiadać gniazdka PC, wadą jest jednak ogólna chybotliwość. Problem w tym, że sam odbiornik jest wysoki, z nisko osadzoną osią obrotu, przez co duży moment obrotowy wywoływany przez ciężar flesza, oddalonego od osi obrotu, powoduje, że trudno go pewnie unieruchomić w poziomie. Tym bardziej, że kierunek gwintu nakrętki blokującej sprawia, że ciężar lampy ma dodatkowo tendencję do jej odkręcania - aby temu zapobiec trzeba by założyć odbiornik tyłem do przodu i położyć go na tył - oby tylko lampa nie wyleciała w tym położeniu z sanek. Z lekkim fleszem działa to jako tako, z ciężkim - nie próbowałem. Najlepszym rozwiązaniem jest więc użycie uchwytu z szeroką szyną, na której odbiornik może się po prostu oprzeć (jak na zdjęciu), inaczej może być to kłopotliwe. Ale i tak jest to mało mnie urzekające rozwiązanie. No i jeśli stosuje się odbiornik inny niż Tetra (czy wszelakie tetropodobne), pozbawiony możliwości obracania - w ogóle nie do wykorzystania.



Aby cokolwiek poprawić dość niepewne mocowanie Tetry, postanowiłem użyć przegubową stopkę Hama Blitzneiger 1, montując flesz i odbiornik osobno. Flesz musi wobec tego posiadać możliwość wyzwolenia kablem (lub wykorzystać trzeba przejściówkę), a sam odbiornik można albo zamontować na uchwycie, albo powiesić na kablu. Z pozoru fajnie to wygląda, w praktyce okazuje się, że przegub - pomimo zastosowania wewnątrz klejącej podkładki - jest dość trudny do pewnego dokręcenia w położeniu poziomym i flesz, nawet nienajwiększy, ma tendencję do opadania; tym niemniej pochylenie lampy można sobie dowolnie regulować. Największą jednak wadą jest cena przegubu Hamy - solidnie przekraczająca 50 złotych i czyniąca jego zakup w tym celu kompletnie nieopłacalnym. Skądinąd sam przegub, bardzo przyzwoicie wykonany, wyposażony w zimną stopkę i gwint 1/4", jest nader użytecznym akcesorium do flesza.



I na koniec rozwiązanie, z którego jestem najbardziej zadowolony - kostka synchronizacyjna F&V PR-02, wyposażona w dwie gorące stopki, gwint statywowy 1/4" i wejście na kabel z końcówką mini jack - do dostania w cenie od 26 złotych. Można ją zamontować na dowolnym statywie czy uchwycie z gwintem 1/4", podłączyć do tego wyzwalacz radiowy, fotocelę lub nawet bezpośrednio kabel synchronizujący - w zależności od upodobania, no i założyć jedną lub dwie lampy - jedną w pionie i jedną w poziomie. W przypadku korzystania z jednej lampy na wolne sanki można wsunąć wyzwalacz lub fotocelę, żeby się nie pałętały. Lampa nie musi nawet posiadać gniazdka PC. Całość zwarta, pewna i wielofunkcyjna, nic się nie kolebie, nic nie opada, niczego nie trzeba co chwilę dokręcać. Jedyne usprawnienie, jakie przychodzi mi do głowy, to - w przypadku montowania na wąskim uchwycie oświetleniowym, jak na zdjęciu - podłożenie pomiędzy kostkę a uchwyt statywowy (wokół gwintu) gumowej podkładki (np. uszczelki). W zasadzie do wad kostki zaliczyć można brak regulacji nachylenia fleszy, podłączenie wyzwalacza kablem - no i konieczność poskładania tego zestawu przed przystąpieniem do zdjęć (lampa zamocowana bezpośrednio na odbiorniku jest rozwiązaniem jednak znacznie czystszym formalnie).

niedziela, 28 kwietnia 2013

Meandry parasolek

Jak przystało na fotografa-gawędziarza postanowiłem (zainspirowany poniekąd deszczową pogodą) przeprowadzić sobie test parasolek fotograficznych - głównie dlatego, aby móc ocenić tak efekty oświetleniowe uzyskiwane z różnymi parasolkami, ale i wpływ parasolek na liczbę przewodnią flesza, co pozwoliłoby z dużym przybliżeniem wstępnie ustawiać ekspozycję przed przystąpieniem do zdjęć.
W tym celu ustawiłem sobie na stole mały bałaganik, służący jako obiekt testowy - i przystąpiłem do działania. Testowi poddałem 4 parasolki - 91 cm białą odbijającą (z czarną czaszą), srebrną 84 cm, srebrną 110 cm i białą dyfuzyjną 84 cm.
 Lampa błyskowa ustawiona była na statywie z prawej strony, każdorazowo tak, aby parasolka znalazła się w odległości 2 m od celu, czyli łowiecki (hej!), a flesz błyskał w trybie manualnym. Dla uproszczenia zdjęcia wykonywane były przy stałej przysłonie 1:5,6, a wszelakiej oceny ekspozycji dokonałem na podstawie histogramu.

Zdjęcie 1 - biała parasolka odbijająca 91 cm Massa, 400 ISO. Naświetlenie w zasadzie prawidłowe, bez przepaleń - co daje efektywną liczbę przewodnią zestawu (dla 100 ISO) 5,6 m wobec nominalnej flesza 24 m - a więc parasolka obniża ją 4,3 raza.
Oświetlenie przyjemnie miękkie.

Zdjęcie 2 - srebrna parasolka 84 cm F&V, 200 ISO. Widoczne lekkie przepalenia w światłach, można by zmniejszyć naświetlenie o jakieś 0,5 EV. Daje to efektywną liczbę przewodnią zestawu około 10 m dla 100 ISO, a więc parasolka obniża ją o 2,4 raza.
Światło typowe dla srebrnej parasolki - raczej ostre, zwielokrotnione cienie.

Zdjęcie 3 - srebrna parasolka 110 cm F&V, 200 ISO. Naświetlenie nieco ciemniejsze od 84 cm parasolki, zbliżone do parasolki białej przy 400 ISO. Tym razem efektywna liczba przewodnia zestawu wyniosła więc 8 m, czyli 3 razy mniej od samego flesza.
Oświetlenie jest wprawdzie zbliżone charakterem do mniejszej srebrnej parasolki, ale jest jednak nieco bardziej miękkie.

Zdjęcie 4 - biała parasolka dyfuzyjna 84 cm F&V jako odbijająca, 400 ISO. I tu zaskoczenie - efekt jest praktycznie identyczny jak w przypadku białej parasolki odbijającej! A więc liczba przewodnia zestawu jest 4,3 raza mniejsza niż samego flesza.
Widać natomiast łagodniejsze niż w przypadku zdjęcia nr 1 cienie - na co zapewne miała wpływ duża ilość światła rozproszonego, które przedostało się przez parasolkę, rozjaśniając pomieszczenie. Pozwala to też przypuszczać, że na dworze, czy w większym pomieszczeniu, efektywność tego zestawu mogłaby zauważalnie spaść.

Zdjęcie 5 - biała parasolka dyfuzyjna 84 cm F&V jako dyfuzyjna, 400 ISO. Po raz kolejny naświetlenie jest bardzo zbliżone do zdjęć nr 1 i nr 4 jeśli chodzi o granice histogramu, choć tym razem minimalnie jaśniejsze. A więc parasolka dyfuzyjna, jakkolwiek nie użyta, obniża liczbę przewodnią flesza około 4-4,3 raza... Widać natomiast, że cienie są jednak nieco twardsze niż w przypadku białych parasolek użytych jako odbijające, ale i nieco jaśniejsze są półtony, Choć różnica ekspozycji wynosi naprawdę ułamek EV, to jest to moim zdaniem najlepiej naświetlone w serii zdjęcie.

Wnioski - białe parasolki, jakkolwiek nie umieszczone, zmniejszają liczbę przewodnią flesza nieco ponad 4 razy, a więc wymagają otwarcia przysłony o 4-4,5 EV w stosunku do zdjęcia z gołym fleszem.
Parasolka srebrna obniża liczbę przewodnią około 2,5-3 raza, czyli wymaga korekcji ekspozycji o ok. 3 EV w stosunku do gołego flesza.
Muszę przyznać, że zupełnie rozczarowujący wynik dała parasolka biała odbijająca... No może prawie biała, bo kolor powierzchni odbijającej produktu firmy Massa można w najlepszym razie określić jako bardzo jasnoszary. Dodatkowo biorąc pod uwagę, że jest owa parasolka dwukrotnie droższa od zwykłej parasolki dyfuzyjnej (osiągającej w pomieszczeniu równą skuteczność) i o ponad połowę droższa od parasolki dyfuzyjnej z pokrowcem, wybór nasuwa się sam.
Na koniec dodać jeszcze mogę, że uzyskane tu wyniki dotyczące zmniejszenia liczby przewodniej w pełni pokryły się z moimi wcześniejszymi testami. Wtedy poddałem jeszcze próbie białą parasolkę dyfuzyjną-softbox, która, dając rozmycie cieni mniej więcej o połowę mniejsze od zwykłej parasolki dyfuzyjnej, obniżała liczbę przewodnią flesza ok. 3,5 raza.