Pokazywanie postów oznaczonych etykietą testy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą testy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 sierpnia 2023

Gadżeciki (#3) - Vijim GP-1

 W nieustającej pogoni za optymalną metodą ożenienia kamerki sportowej z lampą i ewentualnie rejestratorem, po przerobieniu szyn Ulanzi PT-7 i PT-9, trafiłem w końcu na produkt stricte dedykowany do tego zadania, czyli coś, bracket czy też uchwyt, pod nazwą Vijim GP-1. Iżby było śmieszniej, Vijim to też jest jakaś taka podmarka czy marka siostrzana Ulanzi...

GP-1 jest utensylium przeznaczonym z założenia dla kamer sportowych, a już zupełnie konkretnie dedykowanym do GoPro. Od spodu wyposażony jest w gwint statywowy 1/4" (do którego jeszcze wrócimy), od góry - zaczep standardowej szybkozłączki standardu GoPro (i na szczęście także większości innych kamer sportowych), a po bokach - w dwa mocowania na akcesoria ze stopkami ISO. Natomiast prostokątna przestrzeń pośrodku uchwytu służy do pomieszczenia goprowskiego adaptera mikrofonu AAMIC-001, bez którego szans nie ma na podłączenie mikrofonu do nowszych modeli tych kamer. Czyli dla mnie jest to akurat funkcjonalność bezużyteczna - za to zwiększająca wysokość zestawu.

Dwa wspomniane punkty mocowania po bokach przeznaczone są dla lampy i mikrofonu, co oznaczone nawet zostało odpowiednimi piktogramami. Są one jednak proste, plastikowe, bez żadnych elementów dociskających, więc można na nich montować wyłącznie akcesoria posiadające własne zaciski - w przeciwnym bowiem razie po prostu wypadną z uchwytu luzem. Trzeba tez mieć na uwadze, że lampa w tym układzie znajdzie się poniżej kamery, co niekoniecznie dać musi najlepszy efekt oświetleniowy. Całość jest tym niemniej zwarta i w miarę kompaktowa, bez zbędnych połączeń i gwintów, które mogłyby się poluzować.

Pionowe umieszczenie mocowań ma jeszcze tę konsekwencję, że wprost instalować można na nich tylko mikrofony czy rejestratory monofoniczne, stereofoniczne zaś wymagają jeszcze przekręcenia do poziomu, aby rejestrowały sygnał lewo-prawo, a nie góra-dół. Można tego dokonać albo za pomocą małej głowiczki kulowej ze stopką ISO (co da jednak konstrukcję przekombinowaną, mało pewną i niewygodną), albo - jak na niniejszym przykładzie - dzięki dodatkowym punktom mocowania na lampie LED, o ile ta takowe posiada.

Całość postawić można choćby na małym statywie stołowym, pełniącym zarazem funkcję chwytu pistoletowego - no ale właśnie. Immanentną wadą GP-1 jest zbyt płytki gwint statywowy. Żaden statyw, bracket, czy głowica, na którym próbowałem toto zamontować, nawet własne produkty Ulanzi, nie wkręca się do końca, przeciętnie brakuje jakieś 0,5-1 mm - czyli, zależnie od ich konstrukcji, GP-1 albo zamocowany jest bez podparcia, na samym gwincie, o ile ten jest nieruchomy, albo też kręci się luzem wraz ze śrubą, gdy ta się obraca. Rozwiązanie problemu proste i doraźne - podłożyć pod uchwyt metalową podkładkę czy gumową uszczelkę, rozwiązanie permanentne - przewiercić dolną płytkę GP-1 na wylot, pozwalając głębiej wkręcić się śrubie.

Cena GP-1 utrzymuje się, na szczęście, poniżej 30 złotych, czyli całkiem jest chyba atrakcyjną.

poniedziałek, 20 marca 2023

Gadżeciki (#2) - Ulanzi PT-9

Jedną z potencjalnych niedogodności zaprezentowanej w odcinku poprzedniem szyny Ulanzi PT-7 może okazać się, w przypadku zastosowania kamery sportowej, czy w ogóle obiektywu szerokokątnego, wejście mikrofonu czy rejestratora, lubo zaś jego osłony przeciwwietrznej, w pole widzenia obiektywu.

Zaradzić temu można do pewnego stopnia odwracając szynę i mocując owo problematyczne utensylium po prawej stronie, czyli dalej od obiektywu - to jednak raz, że powodować może trudność z obsługą spustu kamery, umieszczonego wszak z tejże prawej strony, a dwa, że - o ile, jak w poprzednim przykładzie, stosować będziemy jednocześnie i lampę LED - to zakodowane jest już w naszej podświadomości, że naturalnym kierunkiem padania światła jest strona lewa; innymi słowy - nie pozbawione jest owo rozwiązanie wad, tak formalnych, jak i praktycznych.

Tu zatem przyjść może nam na pomoc kolejny produkt dedykowany vlogowaniu - szyna Ulanzi PT-9.

 W przeciwieństwie do poprzedniej prostej PT-7 ta tutaj cokolwiek zaskakuje już kształtem. Jest nieco większa, 14,2 cm długości, wyposażona w standardowe mocowanie na stopkę ISO i w śrubę z gwintem 1/4", otoczoną gumową podkładką, a dzięki specyficznemu wygięciu - stopka ISO wycofana jest do tyłu o jakieś 4 cm, co pozwala odsunąć zamontowana na niej akcesorium poza pole widzenia obiektywu.

Tym razem szyna PT-9 wykonana jest z plastiku, acz bardzo przyzwoitej jakości - zarazem pozwala to ograniczyć jej masę, przy w sumie nienajmniejszych rozmiarach. Od spodu wyposażona jest w dwa metalowe żeńskie gwinty 1/4", jeden pośrodku (z dodatkowymi otworami stabilizującymi systemu ARRI), drugi nieco bliżej śruby mocującej kamerę, co pozwala lepiej wyważyć zestaw na statywie; sama śruba nie ma już jednak od spodu kolejnego gwintu.

 
 
Podobnie jak i w poprzednim przykładzie, sprawdza się nieźle w połączeniu z chwytem pistoletowym czy użytym w jego roli statywem stołowym - choć cały zestaw jest już nieco większy.

Szyna ta występuje tez w odmianie PT-8, która wyposażona jest od spodu w zimną stopkę ISO z dodatkowym gwintem statywowym 1/4" - a zatem można zamontować ją tym razem także bezpośrednio na aparat czy kamerę. 

Tyle tylko, że właśnie - cena szyny PT-9 uległa ostatnio drastycznemu wzrostowi i oscyluje obecnie w okolicach 50-70 złotych, co nie czyni jej w najmniejszym stopniu atrakcyjną propozycją...

poniedziałek, 6 marca 2023

Gadżeciki (#1) - Ulanzi PT-7

czyli

Krótka forma, część 1

W ramach heroicznej próby aktywizacji tfurczości blogowej możliwie tanim kosztem, spróbujmy może zainicjować cykl prezentacji prostych a najlepiej jeszcze tanich akcesoriów, które niejednokrotnie przejść mogą w obecnej na rynku nawale sprzętu niezauważonymi, czasem po prostu przeoczonymi z racji na swą pozorną zwykłość - a okazują się być zaskakująco praktycznymi.

Na pierwszy ogień zajmijmy się szyną Ulanzi PT-7

Ulanzi, mimochodem zauważmy, to taki markowy chińczyk - firma specjalizująca się zasadniczo w produkcji wszelakich akcesoriów do vlogowania, czy też filmowania telefonami, kamerami sportowymi czy też po prostu aparatami. Ceny jej produktów wahają się od bardzo przystępnych do zaporowo drogich, choć - z bólem serca przyznać trzeba - w ostatnim roku wzrosły nieraz o jakieś 50-100%, zależnie od produktu, nie będąc już przez to często atrakcyjnymi.

No ale ad rem. Jednym z męczących mnie problemów było wyposażenie mojej nędznej kamery sportowej w lampę LED i ewentualny rejestrator dźwięku (lub na odwrót), jako że nie jest ona kamera produktem na tyle popularnej marki, aby produkowane były do niej dedykowane ramki montażowe z mocowaniami ISO - jak to np.ma miejsce w przypadku  kamer GoPro czy DJI. Dedykowane kamerom sportowym lampy LED - ze standardowymi do nich mocowaniami - tez jakoś dostępne są ostatnimi czasy w ograniczonym asortymencie.


 A zatem przyjrzyjmy się bohaterce naszej opowieści - krótkiej szynie Ulanzi PT-7.

Z pozoru nic takiego - zwykła metalowa szyna o długości 12,2 cm, posiadająca na jednym końcu integralne mocowanie na stopkę ISO, a na drugim śrubę 1/4" otoczoną niewielką gumową okładziną. Szyna, jak szyna - do tego krótka. Zwrócić trzeba jednak uwagę na jakość - poza wspomnianą gumową naklejką szyna jest całkowicie metalowa, z główką śruby włącznie. A jej niewielkie wymiary dobrze sprawdzą się właśnie z niewielkimi sprzętami.


Oprócz wspomnianych dwóch punktów mocowania szyna posiada na swej długości pięć dodatkowych żeńskich gwintów 1/4", umożliwiających - na przykład - zamontowanie jej na statywie w sposób możliwie dobrze wyważony. Kolejny gwint 1/4" znajduje się, w sumie tradycyjnie, w główce śruby.

 
W moim przypadku statyw służy głównie w charakterze chwytu pistoletowego, zapewniając wygodny chwyt kamery, ale także zabezpieczając przed wpakowaniem palców w pole widzenia obiektywu - o co, w przypadku trzymania za korpus, zaskakująco łatwo - biorąc pod uwagę bardzo szeroki kąt widzenia jej obiektywu. A zarazem daje to możliwość łatwego i bezpiecznego odstawienia kamery wraz z całym dobrodziejstwem akcesoriów.

 
Cena PT-7, w przeciwieństwie do wielu innych produktów Ulanzi, nie wzrosła, na szczęścicie, jakoś drastycznie i można ją znaleźć w okolicy 40 złotych. Mało to może nie jest, ale jakość i użyteczność zdają się to rekompensować.

piątek, 20 stycznia 2023

Feiyu Tech Vlog Pocket

czyli

AAAAAAAAAA!!!

Tym razem zróbmy sobie nieoczekiwanie małą odskocznię do świata współczesnej high tech.

Przyznaję ze wstydem, że swego czasu, niezbyt zresztą odległego, dałem się  zwieść światowym trendom i - dodatkowo zachęcony aktualną promocją w jednej z popularnych sieci handlowych - sprawiłem sobie nowomodną zabawkę w postaci gimbala do telefonu, a konkretnie popularnego modelu Feiyu Tech Vlog Pocket. Zakup poprzedziłem, oczywiście, niejakim researchem w sieci, który wykazał, że inwestycja zda się być nader trafioną. Firma uznana jako producent gimbali, model Vlog Pocket nader udany, żeby nie rzec rewolucyjny i rewelacyjny, cena bardzo atrakcyjna - no w sam raz coś dla mnie, do okazyjnej zabawy.

Niedaleka przyszłość pokazała jednak, że bardzo się w swych ocenach zawiodłem. No ale ad rem.

Gimbal jest mały, poręczny i ładnie wykonany - tutaj naprawdę duże brawa dla producenta. Można go mieć zawsze przy sobie (składa się do naprawdę kieszonkowych rozmiarów), trzyma się wygodnie (dla poprawy chwytu można przedłużyć go załączonym trójnogiem – choć w praktyce okazało się to niepotrzebne), bateria trzyma długo. W zestawie zamieszczono nawet fajny woreczek transportowy. Rozmieszczenie przycisków jest wygodne, obsługa rewelacyjnie prosta i intuicyjna, dużą zaletą jest też brak jakiejkolwiek konieczności wyważania gimbala. Jedynie, do pełni szczęścia, przycisk nagrywania mógłby być jakoś wyróżniony – czy to wielkością, czy kolorem.

To w zasadzie wszystkie zalety gimbala, bo w użyciu wychodzą już tylko wady.

Na początek aplikacja Feiyu ON – z pozoru wygląda ładnie, ale na moim telefonie z Androidem to po prostu dramat, tragedia i masakra w jednym. Nie nadaje się do filmowania, oferując u mnie jedynie rozdzielczość 720p 30 fps, do tego obraz jest zbyt silnie wyostrzony, szarpany niczym przy 3 kl/s, co chwilę gubi się ostrość i skacze ekspozycja – patrząc na film można dostać oczopląsu. Funkcji filmowych aplikacji zatem nie testowałem, bo było to po prostu bezcelowe. Fotografowanie działało w ograniczonym zakresie, zdjęcia superszerokokątne (3x3) dało się robić, ale panoramy 180 czy 360 stopni - już nie (gimbal rozpoczynał panoramowanie, po czym po jakiejś sekundzie przerywał je i wracał w położenie początkowe, żadnego obrazu nie zapisując). Na szczęście gimbal można sparować z telefonem bez użycia aplikacji Feiyu ON i przycisk spustu normalnie działał ze standardową aplikacją telefonu. Tyle, że pożegnać się mogłem z wieloma funkcjami oferowanymi przez gimbal wraz z aplikacją, jak na przykład potencjalnie nader użyteczne automatyczne śledzenie wybranego obiektu.

Wracając do samego gimbala - przede wszystkim Vlog Pocket stabilizuje mocno tak sobie, w moim przypadku dramatu nie było, ale zachwytu też nie budził. W chodzie czy nawet biegu stabilizacja robi niejakie wrażenie (zwłaszcza w porównaniu do niestabilizowanego telefonu), niestety przy statycznych ujęciach obraz lekko się trzęsie i chwieje we wszystkich osiach – w tym przypadku praktycznie nie widać efektów użycia gimbala. Do vlogovania może Vlog Pocket wystarczy, do bardziej filmowych zastosowań stabilizuje zdecydowanie za słabo i do tej roli zdecydowanie się nie nadaje – tu konieczna jest dodatkowa stabilizacja, czy to w telefonie, czy w postprocesie. Przynajmniej tak było w moim przypadku – bo można i na Youtube znaleźć filmy z Vlog Pocketa, gdzie stabilizacja w marszu jest po prostu żadna i ujęcia wyglądają jak nakręcone telefonem trzymanym po prostu w ręku.

Co więcej, Vlog Pocket bardzo słabo sprawdza się przy ruchach telefonu podczas nagrywania. Przede wszystkim widoczna jest zbyt gwałtowna reakcja gimbala na ruchy ręki przy obrotach lewo-prawo, a zwłaszcza góra-dół, przez co ujęcia wyglądają sztucznie, niczym ze zdalnie sterowanej kamery monitoringu – ruchom gimbala zdecydowanie brak płynności, zbyt gwałtownie rusza z miejsca, porusza się z jednostajną prędkością i zbyt gwałtownie się zatrzymuje. Na nagranym materiale wygląda to naprawdę BARDZO słabo. Zdecydowanie zbyt szybka jest tu reakcja gimbala w pionie. Przy dynamicznych ujęciach w ruchu gimbal ma też tendencję do wykonywania serii krótkich obrotów w osi pan z przerwami, zamiast jednego płynnego ruchu -  co niewątpliwie wynika ze zbyt wysokiej czułości i zbyt słabego tłumienia ruchów ręki. Odnoszę ogólnie wrażenie, że najlepiej sprawuje on się przy dość szybkich ruchach.

Reset gimbala (powrócenie do pozycji neutralnej) jest bardzo szybki, gwałtowny i stąd absolutnie nie można go wykonywać podczas filmowania.

Ale to jeszcze nic. Już pierwszy dzień używania Vlog Pocketa ujawnił szereg dokuczliwych wad, przekreślających w praktyce jego użyteczność do filmowania.

  1. W chwili wciśnięcia przedniego przycisku spustu funkcyjnego, w celu przejścia w tryb śledzenia, gimbal wykonuje najczęściej przypadkowy obrót w bok w osi pan o kilka-kilkanaście stopni. Ergo, podczas filmowania nie można włączać trybu śledzenia, aby skierować aparat w górę lub w dół, bo skutkuje to szarpnięciem aparatu w bok.
  2. Wciśnięcie przycisku spustu po resecie, który wiązał się z obrotem gimbala w osi pan zawsze powoduje mimowolny obrót w osi pan w kierunku przeciwnym do tego, który nastąpił podczas resetu.
  3. Przy przekraczaniu kąta podniesienia ok. +45 stopni, czy to przy ruchu w górę czy w dół, następuje mimowolny obrót gimbala w bok w osi pan, podobny jak w punktach 1 i 2.
  4. Gimbal ma problemy z utrzymaniem telefonu w osi roll, wykazując tendencję do przechylania w lewo, na co nie pomaga kalibracja, a nawet po kalibracji bywało gorzej niż przed nią.
  5. Podczas panoramowania telefon przechyla się w osi roll w kierunku panoramowania - przy panoramowaniu w lewo telefon przechyla się w lewo, przy panoramowaniu w prawo telefon przechyla się w prawo.
  6. Przy zmianie orientacji telefonu z poziomej na pionową i vice versa telefon przyjmuje pozycję wyraźnie przechyloną na bok w osi roll.

Zgłosiłem reklamację, która została uznana i zaklasyfikowana jako zwrot pieniędzy lub wymiana sprzętu. W swej naiwności zgodziłem się na wymianę – i to był kolejny błąd.

Nowy egzemplarz Vlog Pocket od razu po wyjęciu z pudełka wykazywał bowiem WSZYSTKIE wymienione powyżej wady. Wszystkie, co do jednej. Gdyby nie inny numer seryjny, myślałbym wręcz, że to ta sama sztuka. Ba, wystąpiła w nim jeszcze kolejna usterka (której w poprzednim może po prostu nie dostrzegłem?): jeśli gimbal kierowało się w górę na tyle wysoko, że wystąpił wspomniany mimowolny obrót w osi pan, to następnie każde wciśnięcie i każde puszczenie przycisku spustu funkcyjnego powodowało obrót gimbala w lewo w osi pan - o tę zwyczajową wartość kilku-kilkunastu stopni. W ten sposób kilkakrotnie wciskając i puszczając przycisk spustu można wręcz było wręcz obrócić gimbal do tyłu.

Ergo, skoro dokładnie ten sam zestaw problemów trapi dwa gimbale kupione w odstępie pół roku, nie są to żadne przypadkowe usterki pojedynczego egzemplarza, ale immanentne cechy gimbala Vlog Pocket, sprawiające zarazem, że jest on po prostu bezużyteczny do filmowania. I nie, żebym miał wyjątkowego pecha - bo takie same problemy ze stabilizacją w osiach pan i roll dostrzec można także na niektórych filmach na Youtube, tyle, że nikną one w ogólnym zalewie ochów i achów. 


Z gimbalem Vlog Pocket i aplikacją Feiyu ON rozstałem się zatem bez żalu, nie mam też zamiaru ryzykować ponownego zakupu jakiegokolwiek produktu firmy Feiyu Tech.

Reasumując – Vlog Pocket jest gimbalem dość słabo stabilizującym, wyposażonym w bezużyteczną pod Androidem aplikację, bardzo źle sprawdzającym się przy ruchach aparatu podczas filmowania i trapionym przez szereg usterek będących najwyraźniej skutkami błędów w oprogramowaniu. W żadnym razie nie można go zatem traktować jako pełnowartościowy produkt wart kupna.

Podobnie zresztą jak i całą produkcję firmy Feiyu Tech najlepiej obchodzić szerokim łukiem - z opinii użytkowników wynika niezbicie, że ona dobrze prezentuje się tylko w reklamach i na papierze, w prawdziwym życiu okazuje się, że są to urządzenia bardzo niedopracowane i awaryjne.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Świetlówka kompaktowa a parasolka refleksyjna

Skoro zmęczyliśmy już niszowy temat świetlówki fotograficznej z kloszem, zagłębmy się teraz w niuanse znacznie bardziej popularnego zestawu oświetleniowego dla ubogich (duchem) - fotograficznej spiralnej świetlówki kompaktowej z parasolką. Jak też rozkłada się jego światło, i na ile jest on efektywny?

 
Spójrzmy więc na trzy czysto teoretyczne przykłady uzyskane za pomocą pojedynczej oprawy, jak na powyższym zdjęciu. Średniej wielkości świetlówka fotograficzna o mocy 85 W (strumień świetlny 4900 lm, temperatura barwowa 5500 K), ustawiona została prostopadle w odległości 150 cm od szarego panelu, który z kolei znalazł się 15 cm przed ścianą. Rozmiar świetlówki wybrany został skądinąd celowo, aby uzyskać niejako średnią wartość możliwego wpływu jej wielkości na współpracę z parasolką.
Ze srebrną parasolką o średnicy 84 cm oświetlenie wygląda (w ujęciu obiektywem o ekwiwalencie ogniskowej 28 mm) tak:
 

Ekspozycja ustalona została ręcznie na szarym panelu (czas 1/15 s i przysłona 1:4,5.dla czułości 200 ASA), który to panel posłużył także do ustalenia balansu bieli. Zwróćmy też uwagę na ogólną jasność światła dla tego zestawu, a ta jest, jak widać z parametrów naświetlania, dość mizerna - o jakimkolwiek sensownym fotografowaniu z ręki przy świetlówce 85 W można w zasadzie myśleć tylko przy krótkich ogniskowych, dużych otworach przysłony lub wysokich czułościach - z odległości 1,5 m liczba świetlna wyszła na poziomie 7,8 LV. Jeśli natomiast chodzi o rozkład światła, widać dość wyraźne ograniczenie pola świecenia, którego średnicę oszacować można na podstawie wielkości panelu (30 cm) na mniej więcej 120 cm - wynika z tego, że średnica oświetlanego pola wynosi ok. 75% odległości od lampy do obiektu, a kąt świecenia odpowiada obiektywowi o ekwiwalencie ogniskowej w okolicy 60 mm.
Aby uniknąć tego w dość wyraźnego hotspotu rozważyć można na przykład zastosowanie parasolki białej, która dać winna bardziej rozproszone światło. Tak więc i sięgnąłem po swoją parasolkę "białą" (czy raczej w wydaniu chińskiej firmy Massa bardzo jasnoszarą) o średnicy 91 cm, która przy tych samych parametrach ekspozycji dała następujący efekt:


Jak widać, oświetlenie jest faktycznie bardziej równomierne, można już z powodzeniem używać tego zestawu dla obiektywów szerokokątnych, jest jednak znacznie ciemniej niż w przypadku srebrnej parasolki. Próbą poprawy tej sytuacji może być użycie parasolki o większym współczynniku odbicia - tu posłużyem się parasolką dwupowłokową o średnicy 84 cm, czyli białą dyfuzyjną ze srebrnym pokrowcem, znakomicie się skądinąd sprawdzającą z lampami błyskowymi. A rezultat wyszedł tym razem taki:


W zasadzie więc rozkład oświetlenia porównywalny jest z parasolką białą, acz jest faktycznie nieco jaśniej.
Przy okazji warto też zwrócić uwagę na charakterystykę światłocienia dla poszczególnych parasolek - cień statywu na ścianie jest zdecydowanie najbardziej rozmyty dla parasolki srebrnej, ale i jest to specyficzne dla takiej parasolki rozmycie składające z wielokrotnie nakładających się kilku cieni - tym niemniej w praktyce, jeśli nie fotografujemy li tylko cienia statywu na ścianie - efekt ten nie jest specjalnie widoczny, a w każdym razie nie przeszkadza.
Porównajmy teraz jeszcze jasność oświetlenia dla trzech powyższych przykładów na podstawie histogramów z wycinków pola szarego panelu:


Widać, że stosując parasolkę "białą" zyskujemy wprawdzie na równomierności oświetlenia, ale ekspozycja spada w stosunku do parasolki srebrnej aż o 1,75 EV, czyli 3,35 raza. Z kolei stosując parasolkę dwupowłokową, o większym współczynniku odbicia, tracimy w porównaniu do parasolki srebrnej 1,25 EV czyli ilość światła spada 2,4 raza.
Jak by nie było, jest ciemno...


Na koniec spójrzmy więc jeszcze, ile tak naprawdę można wyciągnąć z oświetlenia światłem stałym za pomocą świetlówek z parasolką. Zamiast jednej świetlówki 85 W zastosujmy zatem popularną podwójną oprawę z dwoma świetlówkami 125 W (7200 lm, 5500 K), najmocniejszymi, jakie można w niej użyć, i srebrną parasolką średnicy 84 cm:


Ekspozycja tym razem ustawiona została na szary panel od nowa - przy odległości 150 cm, czułości 200 ISO i przysłonie 1:4,5 czas naświetlania wyniósł 1/50 s, a więc uzyskaliśmy już w miarę znośne oświetlenie rzędu 9,5 LV. Dla przypomnienia - przy jednej świetlówce 85 W w identycznym ustawieniu czas naświetlania wynosił 1/15 s. Widać więc, że wzrost jasności oświetlenia jest w praktyce, pomimo kombinowania z ilością świetlówek, proporcjonalny do wzrostu strumienia świetlnego - ten bowiem zwiększył się 2,93 raza (z 4900 lm do 14 400 lm), zaś czas naświetlania skrócił się 3,33 raza (z 1/15 s do 1/50 s) - różnica pomiędzy tymi wartościami wynosi 0,18 EV i zrzucić ją można spokojnie na karb skoku 1/3 EV, z jakim ustawiane są parametry ekspozycji w aparacie. Nieco zaskakująca jest - wobec użycia świetlówek tego samego producenta - wyraźna różnica w barwie światła. No ale to najwyraźniej temat na kolejne śledztwo...
Jak by nie było,już samo oświetlenie główne świetlówkami kompaktowymi o sumarycznej mocy 250 W pozwala juz na w miarę spokojne fotografowanie z ręki bez nadmiernego podbijania czułości - może nie ma co popadać w nadmierną euforię, ale dramatu też jednak nie ma. Można oczywiście zastosować, żeby już nie pchać się w nadmierne koszta i bardziej egzotyczne rozwiązania, bardzo zbliżoną do oprawy podwójnej oprawe potrójną, która pozwoliłaby ponownie zwiększyć wartość ekspozycji o 0,5 EV.
Jedna tylko gorzka refleksja dotycząca tego typu podwójnych (czy potrójnych) opraw ciśnie się na koniec na myśl - ustawienie takiej oprawy, z parasolką i dużymi świetlówkami, wymaga od jednej osoby naprawdę ekwilibrystycznych zdolności, bo jest to czynność wymagająca zasadniczo użycia co najmniej czterech rąk - dwie do jednoczesnego dokręcania obu nakrętek na osi, i dwie kolejne do trzymania podczas tej czynności obu oprawek i parasolki w ustalonym położeniu. Najlepiej więc po prostu zorganizować sobie pomocnika.

czwartek, 5 grudnia 2013

Kwadratura klosza


W przypadku wykorzystywania do fotografii czy filmowania oświetlenia za pomocą świetlówek kompaktowych istotny problem stanowi nieraz uzyskanie za ich pomocą światła twardego. Świetlówki takie na skutek swych dużych rozmiarów z natury dają światło dość rozproszone, trudne do skupienia, efekt ten potęgowany jest jeszcze stosowaniem – wymuszonym przez jednak małą wydajność świetlówek - wielokrotnych opraw, a także kierunkowaniem ich światła za pomocą dużych rozmiarów reflektorów, np. srebrnych parasolek. Koniec końców, kompaktowe świetlówki fotograficzne dają światło miękkie, w zasadzie zbliżone do softboxa, za to bardzo rozproszone i źle ukierunkowane – poza właściwym obiektem rozświetlone jest w zasadzie całe wnętrze, co przy jasnym pomieszczeniu zasadniczo uniemożliwia uzyskanie kontrolowanego, kontrastowego oświetlenia.Dlatego też solidną pokusą mogą wydawać się dostępne w handlu reflektory paraboliczne do standardowych oprawek studyjnych z gwintem E27, np. takie klasyczne wąskostrumieniowe o średnicy 26,5 cm czy mniejsze 21 cm, reklamowane jako przydatne w zasadzie do wszystkiego – zwłaszcza świetlówek kompaktowych czy żarówek błyskowych... Naprawdę?


Przede wszystkim – reflektor taki nie ma najmniejszego sensu w przypadku żarówki błyskowej. Świeci ona wszak do przodu i to stosunkowo wąskim kątem, wobec czego użycie reflektora nie ma tu żadnego znaczenia, bowiem ma on zastosowanie tylko w przypadku źródeł światła świecących do tyłu i na boki. W przypadku żarówki błyskowej jedyna – marginalna – funkcja reflektora sprowadza się do jej osłonięcia z boku, co przy stosowaniu np. oświetlenia bocznego może zapobiec złapaniu blika przez obiektyw aparatu. Takie jakby sztywne wrota.
No, ale jak ma się sytuacja w przypadku świetlówek kompaktowych? Ano lepiej, ale pod pewnymi warunkami. Dlaczego? Otóż reflektor taki, w postaci jaka jest obecnie dostępna, nie nadaje się zupełnie do standardowych, dużych świetlówek fotograficznych – przeznaczony jest bowiem zasadniczo do tradycyjnych żarówek, a i to matowych.
Cały haczyk zasadza się bowiem w funkcjonowaniu takiego reflektora – aby działał on efektywnie, źródło światła umieszczone musi być w ognisku reflektora, a to ognisko znajduje się na samym dnie czaszy, kilka ledwo centymetrów nad szyjką. Jeżeli więc zastosujemy z takim reflektorem typową, dużą świetlówkę fotograficzną, to w ognisku reflektora znajdzie się tylko jej oprawa, a całe światło z rury w przedniej części klosza rozproszy się dość bezproduktywnie. Do tego świetlówka, nawet mała o mocy 65 W, jest i tak większa od reflektora, wystaje na zewnątrz – co jeszcze zmniejsza skuteczność tego układu, zwiększając zarazem rozsiewanie światła na boki. 

 
Cóż więc zrobić? Umieścić źródło światła tam, gdzie jego miejsce. Prostym rozwiązaniem okazuje się zakup małej świetlówki kompaktowej – zupełnie eksperymentalnie (i spontanicznie) sprawiłem sobie w tym celu świetlówkę Osram o mocy 11 W, strumieniu świetlnym 600 lm i temperaturze barwowej 6500 K.
W porównaniu do kompaktowej świetlówki fotograficznej, nawet najmniejszej spiralnej „śrubki” 65 W (pokazanej na zdjęciach powyżej), oferującej deklarowany strumień świetlny 3800 lm, wygląda ona z kloszem wręcz humorystycznie:


Tyle, że ze względu na małe wymiary, świetlówka 11 W pozwala dość efektywnie wykorzystać możliwości reflektora. Nie jest może idealnie, ale znajduje się naprawdę blisko ogniska. Spójrzmy więc na działanie zestawu świetlówki 11 W (600 lm) z reflektorem, prostopadle świecącego na ścianę z odległości 1,1 m (licząc od statywu):


Jak widać światło jest dobrze ukierunkowane, wyraźnie ograniczone – i zaskakująco jasne. Porównajmy to teraz ze świetlówką fotograficzną 65 W (3800 lm), w tym samym ustawieniu i przy tych samych parametrach ekspozycji:


Pomimo strumienia świetlnego większego teoretycznie ponad 6 razy jest wyraźnie ciemniej, świetlówka świeci w zasadzie bezkierunkowo – widać wyraźnie, że reflektor w takim przypadku w ogóle nie działa, pełni praktycznie rolę osłony świetlówki, ograniczającej jej świecenie do tyłu.
Dla pełni porównania, układ klasyczny – świetlówka 65 W ze srebrną parasolką średnicy 84 cm działa tak:


Jest więc znacznie jaśniej niż w przypadku świetlówki 65 W z kloszem, acz dużo jest światła rozproszonego. Co ciekawe, pomimo większej odległości od parasolki do ściany niż w przypadku reflektora, oświetlane przez reflektor pole (hotspot) jest zasadniczo tej samej wielkości.
I na koniec porównanie efektywności poszczególnych układów, na podstawie histogramów z wycinków ze środka pola oświetlanego przez trzy powyżej zaprezentowane zestawy:


Widać dobitnie, że świetlówka 11 W z kloszem daje światło o 1,25 EV jaśniejsze niż świetlówka 65 W w takich samych warunkach – czyli, porównując to do strumienia świetlnego, mała 11 W świetlówka jest w tym zestawie 15 razy bardziej skuteczna od świetlówki 65 W (świeci 2,4 raza jaśniej przy 6,3 raza mniejszym strumieniu świetlnym).
Z kolei świetlówka 65 W z parasolką daje oświetlenie o 1 EV jaśniejsze od świetlówki z kloszem, acz trzeba mieć na uwadze, że ponieważ świetlówka z parasolką zwrócona jest do tyłu względem statywu, większa była w moim teście odległość od źródła światła do ściany, wobec czego przy większych bezwzględnych odległościach do obiektu zdjęcia różnica będzie mniejsza. Trzeba mieć też na uwadze, że posłużyłem się w teście (czysto skądinąd porównawczym) stosunkowo małą świetlówką fotograficzną 65 W, której pojedyncze użycie jako światła głównego jest możliwe praktycznie tylko przy fotografowaniu statycznych scen ze statywu. 
Można jeszcze zwrócić uwagę na różnicę temperatury barwowej światła - świetlówki fotograficzne mają ją deklarowaną jako 5500 K, zaś użyty w teście mały Osram 11 W - 6500 K. Daje on więc nieco chłodniejsze światło, tak że do pełni szczęścia i idealnego dopasowania konieczna byłaby filtracja na poziomie 2,8 daM. Różnicę jasności poszczególnych zestawów, jak i barwy światła, widać na porównaniu próbek wykorzystanych do otrzymania powyższych histogramów:  

 
A jak wygląda zastosowanie w przypadku takiego parabolicznego reflektora tradycyjnych żarówek? Ano świetnie – świeci, że aż miło, z kilkoma wszak „ale”... Przede wszystkim reflektor przeznaczony jest do żarówek matowych. Jeżeli zastosujemy żarówkę z przezroczystą bańką, czy to zwykłą, czy halogen, oświetlenie będzie wprawdzie ładnie ukierunkowane, ale zdecydowanie nierównomierne – reflektor rzuci nam bowiem zamiast okrągłego hotspotu obraz żarnika żarówki. Najprościej byłoby więc kupić żarówki matowe, ale dzięki światłym proekologicznym regulacjom UE jest to w zasadzie zagadnienie akademickie. Drugi problem w przypadku stosowania żarówek wiąże się z ewentualną koniecznością zbalansowania temperatury barwowej światła, gdyby np. stosować reflektor z żarówką w połączeniu z oświetleniem świetlówkami.
Sprzedawane obecnie reflektory paraboliczne nie są, jak widać, przeznaczone do dużych świetlówek fotograficznych. Specjalny reflektor do świetlówki wyposażony być musi z tyłu w odpowiednią kieszeń, w której chowa się oprawa świetlówki, tak że wewnątrz odbłyśnika reflektora znajduje się już tylko rura, źródło światła. I tak nie będzie to układ specjalnie efektywny, bo w pobliżu ogniska znajdzie się, powiedzmy, 1/4-1/3 „śrubki”, ale jasność będzie porównywalna – jak z mojego dochodzenia wynika – do zestawu takiej świetlówki z parasolką, czyli nie najgorzej, natomiast światło będzie zdecydowanie twardsze, o wyraźnie zarysowanym cieniu. Jakieś dwa lata temu reflektory takie przemknęły przez sklepy jak kometa – i więcej ich czemuś nie widziano...